Mały świat widziany małym okiem, czyli teatr w interpretacji dziecięcych widzów

Tekst: Karolina Obszyńska

Spektakli dla dzieci w repertuarach polskich teatrów szczęśliwie nie brakuje. Rodzime sceny obfitują w klasyczne baśnie, nierzadko reintepretowane. W repertuarach aż tłoczno od popularnych baśniowych postaci – Czerwonego Kapturka, Jasia i Małgosi czy maleńkiej Calineczki. Tę ostatnią twórcy spektakli upodobali sobie szczególnie, być może z powodów rozczulającej, mikroskopijnych rozmiarów tytułowej bohaterki – zagubiona w trudnym do zrozumienia świecie zwierząt dziewczynka może stanowić metaforę dziecka na co dzień żyjącego w zagmatwanej rzeczywistości dorosłych, przy tym więc przekazywać ładunek emocjonalny bliski dziecku. Tradycyjną „Calineczkę” można oglądać na scenach wielu teatrów (wymienić tu można choćby Teatr Guliwer, Kamienica, Maskarada czy Rampa, ale nie będzie to nawet połowa z wszystkich tych miejsc), natomiast mniej klasyczną, jedynie inspirowaną światem Andersena – we Wrocławskim Teatrze Pantomimy, gdzie Konrad Dworakowski wyreżyserował „Mikrokosmos” i z pisarzem raczej polemizując, niż jego utwór inscenizując, przedstawił zupełnie inną wizję tej historii.

Metaforyka, symboliczne rozwiązania sceniczne, sprzężona ze sztuką teatru niedosłowność – dla dorosłych widzów właśnie to stanowi najbardziej porywający aspekt teatru, bo staje się pretekstem do dyskusji, a przede wszystkim jest intelektualnym wyzwaniem, by zinterpretować to, co wizualizuje reżyser. Jak w tym enigmatycznym świecie odnajdują się dzieci? Czy dla nich to, co niedopowiedziane i tajemnicze nie jest niekiedy zbyt odległe i niezrozumiałe? Dowiedzieliśmy się tego od głównych zainteresowanych. Dla magazynu Fika wypowiadają się mali widzowie „Mikrokosmosu”: Gosia Iżuk, lat 11, Marta Knap, lat 10, Tosia Świerczewska, lat 6 i Hania Stępień, lat 6, a także odtwórczynie ról w spektaklu: Monika Rostecka-Komorowska i Agnieszka Kulińska.

Istota utożsamienia
Tradycyjną wersję „Calineczki” Dworakowski również wyreżyserował – przed realizacją tego spektaklu w WTP pracował nad Andersenowską baśnią w Teatrze Lalki i Aktora w Wałbrzychu. Realizacja wrocławska była jednak pierwszym spektaklem pantomimicznym w karierze reżysera i pierwszym (a w aktualnym repertuarze Teatru Pantomimy – wciąż jedynym) spektaklem tego teatru skierowanym do najmłodszej widowni.

Dworakowski, myśląc o postaci małej dziewczynki, stworzył bohaterkę zgoła inną, niż znana z popularnej baśni eteryczna, nieporadna Calineczka. Bohaterka „Mikrokosmosu” zamiast różowej, bufiastej sukienki nosi ekokostium w barwach ziemi i, zarówno wizualnie, jak i psychologicznie bliżej jej do amazonki niż małej królewny. Jest zaradna, twardo stąpa po ziemi, potrafi obronić się przed natrętnymi muchami i pająkami, z zainteresowaniem przygląda się światu. Próbuje odnaleźć się w świecie małych zwierząt, nauczyć się z pływać z żabami pod wodą, fruwać przy pomocy ptasich skrzydeł, pić krew z komarami. Słowem – jest synonimem nowoczesnej dziewczynki XXI wieku – o rozbudowanej osobowości, z własnym zdaniem, które chętnie wypowiada. To jednak, jak główną bohaterkę kreuje reżyser, jak interpretuje ją odtwórczyni roli i – najważniejsze – jak czytają ją dzieci, może obfitować w znaczące różnice lub zadziwiające podobieństwa. Większość wykonanej pracy, a więc ponad wszystko konieczność umiejętnego zrozumienia potrzeb widza i sprawne współgranie z jego możliwościami poznawczymi, leży po stronie twórców i odtwórców spektaklu. – W teatrze operujemy różnymi środkami wyrazu, by stać się czytelnym dla odbiorcy – mówi Monika-Rostecka Komorowska, odtwórczyni głównej roli w spektaklu. – Tworząc tę postać, korzystając ze swoich umiejętności i wiedzy, jaką posiadam, postawiłam na intuicję. Nie zawiodła. Grając w spektaklu, odczuwam obecność widza, jego reakcję. Tworzy się dialog, który za każdym razem jest inny – jedyny w swoim rodzaju. Zanika podział między sceną a widownią. Wszystko staje się jednym. To poczucie jedności trudno oddać słowami. Poczucie jedności, o którym wspomina aktorka, wynikać może z potrzeby utożsamiania, jaką widzowie odczuwają w teatrze, szczególnie gdy spektakl wzbudza ich zainteresowanie. Tę potrzebę spełniła dziesięcioletnia Marta, przyglądając się kreacji głównej bohaterki właśnie: – Podobała mi się dziewczynka, która grała główną rolę w spektaklu. Zauważyłam, że jest trochę podobna do mnie, bo bardzo marudna i zbuntowana. Jeśli coś jej się nie podobało, tupała nogą w zabawny sposób. Najważniejsze wydawało mi się to, że udawało jej się zrobić wszystko po swojemu. Taka Calineczka jest dużo ciekawsza od tej, którą znałam wcześniej z bajek w telewizji.

Prawda iluzji
Nie tylko wizerunek Calineczki został w „Mikrokosmosie” zbudowany w niekonwencjonalny sposób. Dworakowski zapełnił scenę zwierzęcymi bohaterami, w których role wcielali się aktorzy WTP. – Podczas budowania postaci szukaliśmy cech charakterystycznych dla zwierząt i próbowaliśmy to wyrazić ciałem, a w późniejszym etapie nadać im cechy indywidualne. Od tematów poszczególnych scen uzależniony był ruch i emocje. Dla dzieci gra się ekspresyjnie, by stale utrzymać ich zainteresowanie, ale przede wszystkim prawdziwie. Dzięki temu wewnętrznemu zaangażowaniu widz identyfikuje się ze światem stworzonym na scenie – stwierdza Agnieszka Kulińska, odtwórczyni jednej z ról w „Mikrokosmosie”.

Spotkania i relacje dziewczynki ze zwierzętami są metaforycznymi opisami współzależności występujących między dziećmi a dorosłymi. Te, jak się okazuje, wcale nie są tak trudne do wychwycenia przez czujne oko małych widzów. – „Mikrokosmos” był inną wersją Calineczki. W tej, którą znałam, Calineczkę odnajduje i wychowuje kobieta, a tutaj były to robaczki. W spektaklu Calineczka chodzi z miejsca na miejsce, ucząc się życia od innych stworzeń – poruszania się, zdobywania pokarmu, a nawet latania. Spotyka na swojej drodze świerszcza, pszczoły, żuki, pająki, motyle, kreta, mysz i inne zwierzęta – zauważa Gosia Iżuk. Pomysł na kreację postaci i sposób umiejscowienia jej w środowisku okazał się celny. Zwierzęta, które pojawiają się na scenie, noszą jedynie znamiona tych prawdziwych – much, komarów, ptaków, myszy czy pająków – nie występują w zbyt dosłownych kostiumach, ale, pozostając w kolorystycznym klimacie zieleni i brązów, nawiązują do przedstawianych postaci za pomocą gestu, mimiki, zachowania. Na scenie nie brakuje przeróżnych istot, z których poprawnym odczytaniem widzowie w większości przypadków nie mają problemu. Artyści proponują aktorstwo wysublimowane, a przy tym bardzo sugestywne, ale nie natarczywie jednoznaczne. W budowaniu kreacji pomaga ich kunszt aktorski i przemyślany sposób zobrazowania relacji poszczególnych istot. To zauważa również sześcioletnia Tosia Świerczewska, która z zapałem opowiada o technikach teatralnych, w pantomimie szczególnie ważnych, pomocnych w interpretacji tego, czego być może nie zauważyłaby gołym okiem: – W spektaklu rozpoznałam pszczoły, biedronkę, szczura, motyle. Myślę, że dziecko może zrozumieć ten spektakl, ponieważ pomagają mu w tym różne odgłosy i wydawane dźwięki.

Z kolei znacznie starsza Gosia doceniła również wspominane techniki aktorskie: – Najbardziej podobały mi się pająki, ich kostiumy były bardzo interesujące, a makijaż aktorek ciemny, przez co bardzo groźny. Ciekawie współpracowali aktorzy – gdy jedna osoba ciągnęła niewidzialną sieć, druga naśladowała jej ruchy, jakby była marionetką. Rozśmieszyła mnie biedronka, próbująca naśladować ruchy żuków.

Ścieżka do dziecka
I chociaż pojawia się w tym spektaklu kilka niedomówień, z którymi dzieci mogą sobie nie poradzić (muchy stanowiły zagadkę dla Gosi, z kolei Marta zastanawiała się nad postaciami przypominającymi jej zdaniem coś między pszczołami a komarami), to rozwiązania zastosowane w celu pokazania oczywistości w sposób niedosłowny okazały się niezwykle trafione. I tak – wodę udają przezroczyste, napompowane kule, pszczoły pochylają się nad ofiarami i przez zwykłą słomkę piją krew, dopóki nie zaspokoją pragnienia, zza kulis wylatują firanowe motyle, a aktorzy naśladują dźwięk uderzających o ziemię kropel deszczu, używając do tego wyłącznie swoich aparatów mowy, o czym zdawała się wspominać kilkuletnia Tosia.

Pomysł stworzenia niekonwencjonalnego spektaklu oparł Dworakowski na reinterpretacji klasycznej baśni, przekuwając ją we współczesną, bardzo dynamiczną opowieść. Przedstawienie zyskuje uznanie publiczności, która zwykle bywa wymagająca i brutalnie uczciwa. A do tej przemawia się nie tylko za pomocą obrazowego aktorstwa czy inscenizowania popularnych historii, ale również poprzez umiejętne zachęcanie do kreatywnego myślenia, kojarzenia, dopowiadania. To właśnie zdaje się dzieciom podobać najbardziej – zaczepnie skonstruowane teatralne łamigłówki, wciąganie widzów w grę, którą ukończą, jeżeli uruchomią wyobraźnię.

Jeśliby sugerować się zdaniem Hani Stępień, która „Mikrokosmos” uznała za „super, a nawet superekstra”, można powiedzieć, że konwencja okazała się trafna, a niedosłowny spektakl stał się pomostem łączącym sztukę z wyobraźnią maluchów.

Fot. B. Sowa, „Mikrokosmos” (materiały teatru)
Fot. B. Sowa, „Mikrokosmos” (materiały teatru)