Święto formy

Tekst: Karolina Obszyńska

3. Przegląd Nowego Teatru dla Dzieci, otwarty tradycyjnie premierowym spektaklem Wrocławskiego Teatru Lalek – tym razem „Nocą bez księżyca” w reżyserii Maćka Prusaka, obfitował w wiele różnorodnych tematycznie i wizualnie przedstawień. Tegoroczna edycja festiwalu, choć, podobnie jak poprzednie, miała na celu poszukiwanie i przedstawienie tego, co w teatrach dla dzieci nowe, zaskakujące, warte uwagi, skupiła się szczególnie na wizualnej stronie przedstawień, a więc ich formie – niespotykanej, nowoczesnej lub zapomnianej. Tym razem organizatorzy dokonali również wyraźnego podziału na trzy grupy wiekowe, dzieląc spektakle oraz organizowane przy nich warsztaty praktyczne na te dla najnajów, kilkuletnich dzieci oraz nastolatków. Nie zabrakło także integralnej części Przeglądu – plenerowego, interdyscyplinarnego Ogrodu Sztuk, którego dodatkowe zajęcia prowadzili zaproszeni przez Wrocławski Teatr Lalek młodzi artyści, m.in.: Malina Prześluga, Martyna Majewska, Ingakku Riukimiuki czy Robert Romanowicz.

swietoformz

Reminiscencje z piasku
„Ślady” to międzynarodowy projekt powstały w kooperacji poznańskiego Teatru Atofri i niemieckiego Teatru Helios dedykowany najmłodszym widzom – dzieciom do 3 roku życia. W tym teatralnym eksperymencie biorą udział dwie aktorki – Beata Bąblińska i Monika Kabacińska, które w klimat wspomnień i sentymentów wprowadzają publiczność już w teatralnym holu.

Czy to jestem ja?
Takie pytanie może zadać sobie każdy, którego wspomnienia z wczesnego dzieciństwa są już na tyle odległe, że nie jest w stanie na rodzinnej fotografii rozpoznać sam siebie. W poznańskim spektaklu zadają je aktorki, wskazując małym widzom zdjęcia ze swoimi podobiznami. Swoimi lub nie – rzecz w tym właśnie, że nasza pamięć jest zawodna, ciężko sięgnąć nią do czasów najwcześniejszego dzieciństwa. Można jednak spróbować cofnąć się ścieżką wyznaczoną… właśnie swoimi śladami.

Pisane na piasku
W spektaklu symbolicznym powrotem do przeszłości, jednocześnie antycypacją tego, co wiąże się z naszymi wspomnieniami, są ślady zostawiane na piasku. Bohaterki spektaklu tworzą w przestrzeni gry rozmaite wzory, posługując się piaskiem, wodą i własnymi kończynami. Na scenie powstaje spersonifikowany kolaż, bo, jak się okazuje, najprostsze, w pełni naturalne materiały mogą być wystarczającym narzędziem do stworzenia intuicyjnej mapy myśli. Z piasku i wody, a także za pomocą gry cieni odbijających się na tle parawanu bohaterki tworzą historię o zapominaniu, sentymentach, nieuchronności czasu i o tym, w jaki sposób przeszłość zapisuje się w naszej pamięci, ile z niej jesteśmy w stanie odtworzyć w pełni świadomie, a ile tylko instynktownie. W te, jakże przyjemne zresztą, zabawy ewokujące budowanie zamku na plaży dzieci bardzo chętnie dają się wciągnąć. Po zakończeniu scenicznego eksperymentu maluchy dostają jeszcze chwilę, aby podejść bliżej, bezpośrednio zetknąć się ze sceną, ubrudzić w mokrym piasku i pozostawić po sobie kilka śladów. Takie warsztaty rozbudziły pozytywne emocje, pozwoliły pokazać dzieciom, że w teatrze mogą poczuć się jak w domu – bezpiecznie i swobodnie. Mali i duzi widzowie rozpłyną się w sielskiej atmosferze, jaką twórczyniom spektaklu udaje się stworzyć na scenie.

To spektakl performance udany, subtelny, także dzięki nieinwazyjnej muzyce pochodzącej z płyty winylowej. Trafia do maluchów szczególnie poprzez lekką, przystępną formę, pozostając przy tym interesującym głosem w sprawie, także z perspektywy dorosłych widzów.

Fot. Karol Krukowski, „Pan Satie”, (materiały promocyjne)
Fot. Karol Krukowski, „Pan Satie”, (materiały promocyjne)

 Siła muzyki
„Pan Satie” – drugi po „Śladach” spektakl Teatru Atofri dla najnajów zaprezentowany podczas Przeglądu – był ukłonem w stronę Erika Satie, francuskiego prekursora awangardowych kierunków artystycznych i ekscentrycznego kompozytora czasów fin de siècle. Również w tym spektaklu Beata Bąblińska i Monika Kabacińska są jednocześnie reżyserkami, aktorkami i animatorkami, a także twórczyniami warstwy brzmieniowej.

Widzowie, poruszając się prosto przed siebie podłużną ścieżką wyznaczoną przez białe skrawki materiałów, mogli dojść wprost do celu – wieńczącego tę drogę fortepianu. Ów instrument jest źródłem i synonimem wszystkiego, co ten spektakl tworzy – dźwięków i kojącej muzyki oraz silnej mocy ich oddziaływania.

Istotnie do muzyki nawiązują tu narracja, scenografia, gra aktorska oraz sama fabuła, a więc zarówno treść, jak i forma. Surrealistyczny, abstrakcyjny sposób prowadzenia spektaklu przenosi widzów do świata pełnego sensualnych, niedosłownych odczuć. W przestrzeni w całości inspirowanej twórczością Erika Satie można zupełnie się zatracić – mała publiczność z radością przyjmuje tę muzyczną, subtelną otoczkę, zupełnie poddając się misternie utkanej przestrzeni.

Widzowie nadstawiają uszu, aby wysłuchać wykonywanych na żywo kompozycji, ale również szelestu papieru, który jest tu głównym elementem tworzącym dekoracje. To z niego powstają kostiumy oraz formy lalkowe (piłka, statki czy samolot), w które animatorki tchnęły nowe życie. Elementy dekoracyjne, utrzymane w kolorystyce soczystej czerwieni i żółci, w wyraźny sposób kontrastują ze śnieżnobiałym tłem scenografii, skupiając na sobie uwagę małych widzów.

Ponieważ widownią tego spektaklu są maluchy od 1 roku życia, twórczynie – Beata Bąblińska i Monika Kabacińska – odchodzą zupełnie od jakiejkolwiek parenetyki, skupiając się wyłącznie na doznaniach w pełni estetycznych, bardzo zmysłowych, dostępnych nawet najmłodszym odbiorcom. To raczej kilkudziesięciominutowy eksperyment sceniczny niż pełnowymiarowy spektakl, ale, co istotne, „Pan Satie” nie wydaje się przez to w żaden sposób tracić na jakości. Sumiennie i bardzo umiejętnie prowadzi publiczność przez długą i pełną emocji drogę do odkrywania świata za pomocą zmysłów.

Czego Jaś…
„Władca Skarpetek” wałbrzyskiego Teatru Lalki i Aktora to przedstawienie, które obfituje w wiele pomysłowych form lalkowych i rozwiązań scenograficznych. Wszystkie imitują przedmioty codziennego użytku, jako że rzecz dzieje się w mieszkaniu małego chłopca – nieporadnego Jasia, który gdzieś zgubił jedną ze swoich ulubionych skarpetek.

Jej poszukiwania to właściwie meritum spektaklu – i choć nie jest to górnolotne przesłanie, cokolwiek ponad przypomnienie, że nieporządek w pokoju może doprowadzić do katastrofy, to spektakl powinien być obowiązkową pozycją na liście wszystkich – małych i dużych teatromanów.

Jego niewątpliwie pomysłowa, wykorzystana do maksimum forma sceniczna to coś, co decyduje o sukcesie „Władcy Skarpetek”. Zachwyca tu przede wszystkim pomysł na kreację świata przedstawionego: niewielka scena, będąca wnętrzem mieszkania Jasia, staje się jednocześnie – dzięki mobilnym parawanom, które przesuwają bohaterowie spektaklu – sypialnią, kuchnią, piwnicą i pralnią.

Fot. Karol Krukowski, „Władca skarpetek”,  (materiały promocyjne)
Fot. Karol Krukowski, „Władca skarpetek”, (materiały promocyjne)

Owi bohaterowie to spersonifikowane ściany, aktorzy będący także animatorami niekonwencjonalnych lalek: pluszowej filiżanki i czajnika, słoików i puszek po konserwach, wielkiej pralki czy potworów dbających o porządek – czyli worków i koszy na śmieci. Zbigniew Koźmiński występuje tu w dwóch rolach: dorosłego mężczyzny, który cofnie się do czasów dzieciństwa, aby przybliżyć historię o zagubionej skarpetce, i wspominanego kilkulatka, naśladowanego przez klasyczną lalkę. Niezwykłymi owacjami przyjęto występ pralki – maszyny, która przeznaczona jest „do zjadania kurzu, a nie dzieci”, bardzo zresztą ciekawie przedstawionej wizualnie – tylko za pomocą prześcieradła z wyciętym otworem, poruszanego w rytm muzyki tak, aby przywołać na myśl wirującą podczas prania maszynę.

Jaś, aby znaleźć zagubioną skarpetkę, musi po prostu zadbać o porządek w pokoju, ale zanim się o tym przekona, przejdzie długą wędrówkę przez tajemnicze korytarze swojego domu.

„Władca Skarpetek” jest nadzwyczajnie przyjemnym spektaklem nie tylko dla oka. Mała publiczność pokochała również radosne, bardzo dobrze napisane piosenki, przygotowane dla wałbrzyskiego teatru przez Ewę Zielińską i Krzysztofa Pachołka. Widownia bawi się świetnie, klaszcze, śpiewa i śmieje od ucha do ucha – i nic dziwnego, bo trudno nie polubić wszystkich tych uroczych stworzeń, które ramię w ramię z widzem i głównym bohaterem poznają zasady dbania o porządek.

Nie sposób znudzić się więc ani formą, ani treścią tego przedstawienia, poprowadzonego z nieprzeciętnym humorem, bardzo dynamicznego i w efekcie przemawiającego do dziecięcych umysłów prostą, ale przydatną nauką.

Trudna sztuka pokory
Na „Najmniejszy bal świata” widzów 3. Przeglądu zaprosił Teatr Zagłębie z Sosnowca. Spektakl w reżyserii Anety Głuch-Klucznik, który zrealizowano w nurcie light-black theatre, traktował o trudnej sztuce pokory.

Krnąbrna Królewna Migawka kategorycznie odmawia uczestnictwa w corocznym, wielkim balu, na który całe królestwo czeka z prawdziwą niecierpliwością. Co więcej, wyraża lekkomyślne pragnienie potrzeby całkowitego spokoju i marzenia o wysłaniu rodziców na księżyc – co, jak się niefortunnie okazuje, zostaje natychmiast spełnione. Migawka bardzo szybko zaczyna żałować słów, które wypowiedziała na głos. Na pomoc zagubionej dziewczynce przychodzi jednak stworzony przez Pana Przechodnia Pokurcz, który okazuje się wiernym kompanem niedoli. Prowadzi Królewnę Migawkę przez drogę do zrozumienia świata.

A ponieważ Królewna w swej złości wysyła rodziców do odległej Krainy Dużych, aby ich odnaleźć, musi przejść trudną drogę po… nodze. To dlatego, wspinając się po niej, spotka przedziwne postacie, takie jak: Ciarki, Komar, Oczko w Rajstopie, Zegar czy Gęsia Skórka. Będzie musiała nauczyć się z nimi współpracować – dotąd niegrzeczna i krnąbrna, słuchając rad Pokurcza, dowie się, jak bardzo ważna jest umiejętność dziękowania, przepraszania i proszenia. Słowem – nauczy się współżyć z otoczeniem. Ta subtelna lekcja kindersztuby czyni spektakl widowiskiem o szczególnej wartości – w efekcie bardzo ciepłym i rodzinnym.

Fot. Karol Krukowski, „Najmniejszy bal świata” (materiały promocyjne)
Fot. Karol Krukowski, „Najmniejszy bal świata” (materiały promocyjne)

Posługując się techniką teatru cienia i światła, Aneta Głuch- -Klucznik jak pod lupą maksymalizuje świat małych istot, aby z ich pomocą dać małym widzom lekcje dobrego wychowania. Przyciągające uwagę fluorescencyjne kostiumy stanowią fantastycznie dopełniający scenografię element: gdy światło na scenie gaśnie, świecą w ciemnościach, wyznaczając małym widzom kierunek drogi Migawki i Pokurcza. Jak można się spodziewać, królewna szczęśliwie odnajduje rodziców, choć wydawało się to „misją niemożliwą”. Co ważniejsze, przy okazji uczy się, że uśmiechem i dobrym słowem można wiele zyskać.

Malina Prześluga stworzyła mądrą historię, którą niełatwo jednak opowiedzieć w interesujący i nieoczywisty sposób. W tej inscenizacji dużą rolę odgrywa interakcja z publicznością, na którą autorka dramatu zostawiła specjalne miejsce, a którą Teatr Zagłębie jako jedyny spośród placówek do tej pory inscenizujących „Najmniejszy bal świata” wykorzystał – również w teatralnym holu w czasie przerwy, kiedy to dzieci mogły porozmawiać z bohaterami spektaklu. To sprawiło, że inscenizacja Głuch-Klucznik stała się otwartym, pełnym pozytywnej energii przedstawieniem, które wychodzi naprzeciw dziecku, zbliżając się do niego i rozbijając tzw. czwartą ścianę.

Przeżyć śmierć
Teatr Drak z Pragi podczas 3. Przeglądu Nowego Teatru dla Dzieci straszył i śmieszył – choć to pierwsze zdecydowanie mniej. Historia tytułowego bohatera spektaklu „Ostatnia sztuczka Georges’a Mélièsa” zaczyna się w momencie, gdy ten, trapiony poważną chorobą, staje wreszcie w obliczu rozwiązania – nie tak jednak pozytywnego, jak mógłby oczekiwać.

Georges umiejętnie, a przy tym w niezwykle komiczny sposób umyka obowiązkom chorego, nad których wypełnianiem uparcie czuwa jego pielęgniarka – a to wciskając mu termometr w usta, a to zmuszając do picia gorzkiego syropu, to znów odbierając od ust dopiero co zapalonego papierosa. Kres tych przekomarzań przychodzi wraz z niespodziewanym gościem – spersonalizowaną, we własnej osobie i z całym symbolicznym rynsztunkiem – Śmiercią. Ta wizyta jest jednak dopiero początkiem przygód Mélièsa, który próbuje przechytrzyć niechcianego gościa – chwilę później dosłownie dwojącego się i trojącego, aby sprawiedliwości zadośćuczynić i zabrać ze sobą Georges’a w zaświaty.

Nie przypadkiem twórcy spektaklu wybrali jako jego bohatera tę akurat postać. Georges Méliès, francuski iluzjonista, pionier kina, w pamięci potomnych zapisany jako „czarodziej ekranu”, w inscenizacji stworzonej przez reżysera zaczarowuje przestrzeń i czas. Tytułowa ostatnia sztuczka jest bowiem skuteczną próbą ucieczki przed nieuchronnym końcem życia, do której bohater wykorzystuje nie tylko swój spryt, ale również znane mu techniki filmowe.

Przestrzeń sceniczna spektaklu, przedstawiona w formie geometrycznej, stwarzająca złudzenia optyczne, jest w fabule zmyślnie wykorzystywana. Jest tu telebim, który stanowi tło uzupełniające treść tego spektaklu bez słów, kilka komód, a także prawdziwe widowisko cieni, zgrabnie dopełniające całość.

Im więcej jednak sposobów na przechytrzenie śmierci wynajduje Méliès, tym więcej też kolejnych zwiastujących koniec postaci pojawia się na scenie. Wchodzą drzwiami, oknem, przez sufit, wyrastają z komody – wydaje się, że są coraz bliżej schwytania swojego celu.

A Méliès? Znika gdzieś na ekranie telebimu, na którym przez cały czas trwania spektaklu wyświetlane są projekcje- grafiki, symbolicznie nawiązujące do jego życiorysu – macha na pożegnanie widzom i kilku czarnym, zapowiadającym złe wieści postaciom. Tak właśnie udaje mu się oszukać śmierć.

Fot. Karol Krukowski, „Ostatnia sztuczka Georges’a Mélièsa”, (materiały promocyjne)
Fot. Karol Krukowski, „Ostatnia sztuczka Georges’a Mélièsa”, (materiały promocyjne)

Kaczątko: od początku
Zachowane w technice chińskiego teatru cieni „Brzydkie kaczątko” Teatru Miniatura w Gdańsku to jedna z nielicznych klasycznych bajek, jakie zaprezentowano na 3. Przeglądzie Nowego Teatru dla Dzieci. Tradycyjna tematyka spotkała się jednak z nowoczesnością w połowie drogi – czyli w zastosowanej formie, która zaskoczyła, ale też zafrapowała widzów. Owa nowoczesność proponowana jest jednak w wyważony sposób – rysunki i cienie, które powstają na białym telebimie, kreską bliższe są raczej starym, tradycyjnym bajkom sprzed lat, niż dzisiejszym multikolorowym animacjom telewizyjnym. Tu znać każdy ruch dłoni odpowiedzialny za kolejną linię, tło, detal czy nasycenie koloru. Minimalizm, zwycięstwo formy, absolutna, utkana detal po detalu precyzja. Tyle można by, w znacznym skrócie, powiedzieć o spektaklu „Brzydkie kaczątko”.

Fot. Karol Krukowski, „Brzydkie kaczątko” (materiały promocyjne)
Fot. Karol Krukowski, „Brzydkie kaczątko” (materiały promocyjne)

Aktorsko jest zachwycający – większość animatorów (z wyjątkiem harfiarki Ludmiły Sirowajskiej i narratorki Hanny Miśkiewicz) posługuje się dwoma rzutnikami, dzięki którym wyczarowuje na scenie magiczne obrazy rodem ze świata Andersena. Na scenie znajduje się siedmiu animatorów, których kostiumy pomyślano tak, aby nie brały góry nad formami graficznymi – tutaj przecież priorytetowymi. Aktorzy ubrani są więc w czarne proste stroje, jedynie Wioleta Karpowicz, symbolizująca tytułową postać, nosi na szyi żółtą apaszkę.

Ona też, jako jedyna, przenosi się czynnie do planu żywego. Pozostali, zajmując swoje stanowiska przy projektorach, przy użyciu przeróżnych narzędzi i materiałów na żywo tworzą spektakl-kolaż, rozpoczynając opowieść od… kaczątka, które jest dopiero poczętym pęcherzykiem.

Zarówno scenografię, jak i formy lalkowe zminiaturyzowano do rozmiaru kilku centymetrów – nie ma to jednak znaczenia i zupełnie nie przeszkadza w wizualnym odbiorze spektaklu, bo w istocie oglądamy powiększone na białej planszy cienie kaczątka i pozostałych bohaterów. Za pomocą perspektywy postacie powiększają się lub zmniejszają, dając tym samym znać o kierunku swojej podróży.

Ten niekonwencjonalny sposób przedstawienia znanej bajki okazał się trafionym pomysłem, a przy okazji stał się świadectwem kreatywności i wielkiego talentu twórców spektaklu.

Cienie i dźwięki
Technikę teatru cieni, również cieni witrażowych, wykorzystał – poza Teatrem Miniaturą – także Białostocki Teatr Lalek. Na wrocławski Przegląd Nowego Teatru dla Dzieci przyjechał on ze spektaklem „Piotruś i wilk” – klasyczną bajką muzyczną napisaną przez Sergiusza Prokofiewa, tu w reżyserii Bernardy Bieleni. Tematy muzyczne suity orkiestrowej przedstawiają poszczególne postaci bajki: Piotrusia, jego Dziadka, Ptaszka, Kaczuszkę, Kota i Wilka – taki podział zachowują również twórcy z Białostockiego Teatru Lalek, wykorzystując nagranie Filadelfijskiej Orkiestry pod dyrekcją Leonarda Bernsteina.

Fot. Karol Krukowski,„Ostatnia sztuczka Georges’a Mélièsa”,(materiały promocyjne)
Fot. Karol Krukowski,„Ostatnia sztuczka Georges’a Mélièsa”,(materiały promocyjne)

Piotruś przechadzający się spokojnie po lesie, polanie czy nad stawem nie spodziewa się, że przyjdzie mu stanąć do walki z niebezpiecznym wilkiem – dzieci dowiadują się ze spektaklu, jak ważna jest gotowość do pomocy bezbronnym istotom w każdej sytuacji. Udaje się więc uratować i niefrasobliwego chłopca, i niewinną Kaczuszkę, która stała się celem ataku Wilka. Moment grozy, choć bardzo krótki, podsyca dramaturgię przedstawienia, które po chwili znów wraca do sielskiego, wdzięcznego obrazka.

Cienie i dźwięki to dwie główne materie, które budują ten spektakl. Rzucone na ścianę i białą płachtę obrazy tańczą, podskakują, zachwycają – słowem: mają swój pełnowymiarowy, decydujący o sukcesie widowiska udział. Za doznania estetyczne odpowiada tu również feeria kolorów, jaką posłużono się do stworzenia animacji i cieni – żywe, nasycone kolory i dynamika obrazków sprawiają, że mali i duzi widzowie spędzają te kilkadziesiąt minut z zachwytem w oczach.

Łukasz Grzeszczak, Izabela Maria Wilczewska i Mateusz Smaczny to trójka animatorów, którzy stają się demiurgami wszystkich tych bajecznych postaci, tworząc pouczający i bardzo satysfakcjonujący wizualnie spektakl.
Lekcja fanatyzmu
Anna Augustynowicz, pracując z dwoma zespołami: Teatrem Dramatycznym im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu i Teatrem Współczesnym w Szczecinie, stworzyła spektakl dla nastolatków, podejmujący ważny temat fanatyzmu i wynikającej z niego niekontrolowanej agresji. „Męczennicy” podczas 3. Przeglądu Nowego Teatru dla Dzieci wpisali się w konwencję spektakli dla najstarszej grupy wiekowej.

Beniamin (Konrad Beta) jest zbuntowanym nastolatkiem, który przysparza zapracowanej matce problemów wychowawczych. Bunt chłopaka nie przejawia się jednak ani w ukrywanych pod łóżkiem papierosach, ani w glanach i ostrej muzyce, ani też w późnych powrotach do domu i alkoholowym oddechu. Bohater przeżywa objawienie i swoją dewocją zaczyna terroryzować otaczające go środowisko.
Przechadzając się z Biblią w rękach, odczytuje co bardziej kontrowersyjne jej fragmenty i staje się powoli coraz gorliwszym fanatykiem. Beniamin zaczyna postrzegać swoje otoczenie jako wroga tylko dlatego, że nie mieści się ono w ramach jego ideologii. Szczególną nienawiść czuje do nauczycielki biologii (dynamiczna Sara Celler-Jezierska), ostoi logiki i nauki, dalekiej od metafizycznych rozważań o Bogu.

Fot. Karol Krukowski,„Męczennicy”, (materiały promocyjne)
Fot. Karol Krukowski,„Męczennicy”, (materiały promocyjne)

Sztuka von Mayenburga opowiada historię zderzenia religijnej i świeckiej wizji świata oraz poddaje pod dyskusję różne aspekty fanatyzmu. Dlatego ubolewać można nad faktem, że „Męczennicy” właściwie żadnego dialogu w tej sprawie nie podejmują. Augustynowicz przedstawia jedną tylko, wyniszczającą wizję przesadnego zaangażowania w kwestie religijne, nie pozostawiając jakiegokolwiek pola do polemiki. Warto jednak zauważyć, że spektakl stoi kreacjami aktorskimi i fantastyczną muzyką. Wizualnie jest satysfakcjonujący, bo choć scenograficznie skromny (scena przypomina przestrzeń szkolnej klasy, w której głównym punktem jest tablica), to wpisuje się w konwencję, od jakiej Augustynowicz wyszła – zupełnie jakbyśmy byli uczestnikami lekcji religii.

Proste wnioski, jakie można wysnuć po obejrzeniu wałbrzysko- szczecińskiego spektaklu, nasuwają się same – fanatyzm prowadzi do nietolerancji. Być może są zbyt oczywiste, ale z pewnością potrzebne i przedstawione za pomocą sugestywnych środków teatralnych, które powinny trafić do odbiorców.