MYSZKA SPADOCHRONIARKA LĄDUJE W KATOWICACH

Artykuł ukazał się w 5. numerze FIKI

Tekst: Agata Hołubowska
Foto: Katarzyna Kucharska

Kochane Dzieci,

Mimo że zrobiło się już chłodno, postanowiłam nie rezygnować z moich wycieczek po Polsce. Przecież jest tyle miejsc do zwiedzenia i rzeczy, o których chciałabym Wam opowiedzieć! Chciałam odwiedzić miejsce, w którym życie toczy się jednocześnie na dwóch poziomach: na ziemi i pod jej powierzchnią. Tam, gdzie w pocie czoła pracują górnicy w kopalniach, byśmy w swoich norkach, przepraszam – mieszkaniach – mieli prąd i ciepło. Górnicy wierzą, że ich pracy strzeże Skarbnik – stary sztygar (taki trochę „kierownik” w kopalni) z opaską na czole i przyczepioną do niej świeczką. Wierzą także, że pomaga on tylko dobrym ludziom i że ten, kto zalezie mu za skórę, nie będzie miał lekko już do końca życia. Przekonał się o tym pewien Szymon, który raz oszukał Skarbnika, podając mu do jedzenia chleb posmarowany rozgotowanymi ziemniakami zamiast masłem… Od tej chwili Szymon nie miał czego szukać w kopalni, bo i tak węgla by już nie znalazł.

Inna legenda mówi o tym, jak to pewien biedny młodzieniec imieniem Matyjaszek przez przypadek trafił do podziemnej komory, w której siedział Skarbnik. Starzec chętnie podzielił się swoim czarnym skarbem z ubogim chłopcem. A była we wsi piękna Hanusia, o której względy zabiegał Matyjaszek, stając w konkury ze swym bogatym bratem Eliaszem. W sądny dzień, gdy dziewczyna miała wybrać swojego przyszłego męża, obaj przynieśli kamienie w darze: Eliasz czerwone, oprawione w złoto, a Matyjaszek czarne, które wrzucił do pieca. Tyle było z nich ciepła i radości, że dla Hanusi wybór był oczywisty, a takiego pięknego wesela, jakie się potem odbyło, wieś jeszcze nie widziała!

Inna opowieść traktuje o Bolku i jego ojcu, którzy zostali przysypani w kopalni. By ocalić ojca, Bolko kropelka po kropelce zbierał wodę kapiącą ze ściany i poił spragnionego. Gdy tak szedł z wodą w dłoniach, nagle stanął przed nim Skarbnik i pokazał szkatułę pełną skarbów, ale Bolko nie dał się skusić – wszak ręce miał zajęte. Za jego dobroć Skarbnik go wynagrodził – wskazał miejsce, w którym trzeba rąbać, by wydostać się na powierzchnię. A tam czekał na górników największy skarb – życie.

Czy już wiecie, dlaczego chciałam udać się na Górny Śląsk? Tam, gdzie czarnego kruszca pilnuje dobry Skarbnik? Niezwykłe to musi być miejsce, gdzie się takie rzeczy dzieją…

Opuściłam więc moją przytulną norkę, znów wzięłam spadochron na grzbiet i ruszyłam w kierunku zachodnio-południowym. No i wylądowałam w Katowicach! Bardzo się cieszę, bo to jest ciekawe miasto z interesującą, choć dość krótką historią. Opowiadała mi o nim kiedyś babcia, bo „górnicy to dobrzy ludzie, którzy nie pozwolą nawet myszom głodować” – mawiała.

Dlaczego krótką historię mają Katowice, zapytacie? Otóż nie jest tak, że węgiel na Górnym Śląsku (tak nazywa się region, w którym leżą Katowice) wydobywano od zawsze. Jeszcze niecałe 200 lat temu Katowice były… wsią. Pierwsza kopalnia powstała dopiero w XVIII wieku, jednak to jeszcze nie spowodowało szybkiego powiększania się osady. Z czasem zaczęto w okolicy budować huty, przybywało pracowników, którzy sprowadzali lub zakładali rodziny, budowali domy. Trzeba było wytyczyć nowe drogi, a nawet pociągnąć linię kolejową (w 1846 roku). Prawa miejskie Katowice uzyskały dopiero 11 września 1865 roku. W tamtym okresie najwięcej mieszkało tu Niemców (nie brakowało także Żydów i Polaków) i to głównie bogaci niemieccy przemysłowcy zakładali nowe kopalnie i huty. Wtedy dopiero zaczął się największy rozkwit miasta, aż dziś mieszka w nim ok. 310 tysięcy mieszkańców.

Jest to więc najmłodsze miasto wojewódzkie w Polsce, które wraz z piętnastoma innymi miastami tworzy ogromną aglomerację. Ale Katowice nie powinny się kojarzyć tylko z kominami i szybami kopalnianymi. Połowę powierzchni miasta zajmują tereny zielone, czyli lasy i parki. Jak udało mi się dowiedzieć od pewnego rowerzysty, jest tu ponad 100 kilometrów tras rowerowych! A zatem zapraszam Was na wycieczkę!

Pewnie już zauważyliście, że zazwyczaj zaczynam wędrówkę od Rynku. Tak będzie i tym razem. Jak to zwykle bywało, także Rynek katowicki był kiedyś głównym placem targowym. Charakter miejsca zaczął się zmieniać od 1907 roku, gdy wybudowano teatr. Można go oglądać do dziś. Jego budynek uważa się za jeden z ciekawszych zabytków modernizmu w Polsce. Z Rynku możemy wejść w ulicę Młyńską, przy której, jak nazwa wskazuje, dawniej mieściły się młyny. Zostały zburzone, gdy zaczęto budować nowy dworzec kolejowy. Obecnie znajduje się tu Urząd Miejski. Choć młynów szkoda (na pewno mieszkało w nich wielu moich prakuzynów i prakuzynek, którzy mieli dostęp do świeżych ziarenek, mniam!), to po ich zburzeniu odsłoniło się kilka bardzo ładnych kamienic secesyjnych. Ulicą tą można dojść do głównej ulicy handlowej w centrum Katowic – ul. 3 Maja, która łączy ze sobą dwa place  – właśnie Rynek i plac Wolności. Ten drugi powstał po zburzeniu huty. Wzdłuż ulicy można oglądać zabytkowe kamienice, zbudowane na przełomie XIX i XX wieku. Niektóre z nich są eklektyczne. Czy wiecie, co to znaczy? To znaczy, że łączą w sobie różne style architektoniczne. Przy pl. Wolności znajduje się m.in. pałac Goldsteinów zbudowany w 1870 roku. Panowie Abraham i Józef w kilku miastach mieli tartaki, w tym jeden za tym pałacem. Po jego pożarze sprzedali pałac, w którym obecnie mieści się urząd stanu cywilnego, czyli… dorośli mogą wziąć w nim ślub!

W Katowicach na pewno warto zwiedzić Muzeum Śląskie. Dowiecie się w nim nie tylko, jak wyglądało kiedyś miasto, ale także obejrzycie piękne dzieła sztuki malarskiej z różnych okresów. Znajduje się w nim również Centrum Scenografii Polskiej – gratka dla tych, którzy interesują się teatrem. W 2013 muzeum zmieni swój adres. Budowa trwa, a Muzeum będzie się mieściło na terenie poprzemysłowym dawnej Kopalni Węgla Kamiennego „Katowice”. Czy nie sądzicie, że to musi być bardzo ciekawe – wędrować po muzeum, pod którego podłogą jeszcze nie tak dawno temu pracowali górnicy?

Ja jednak postanowiłam szybko opuścić centrum. Ukryłam spadochron w bezpiecznym miejscu i już lekka (on waży więcej ode mnie!) pobiegłam do dzielnicy Nikiszowiec, która w tym roku została wpisana na listę siedmiu nowych cudów Polski. Na tej liście znalazły się miejsca, jakich próżno szukać gdzie indziej. Są wyjątkowe pod każdym względem i powinny cieszyć się szczególną uwagą i uznaniem. Dlatego postanowiłam Wam więcej o jednym z nich opowiedzieć. Nikiszowiec wyróżnia się architekturą, układem ulic i specyficznym klimatem miejsca. Skąd w ogóle wziął się na mapie Katowic?

Było tak: najpierw powstała kopalnia o nazwie “Giesche”, która rozrastała się i potrzebowała nowych miejsc do wydobywania węgla. Do zbudowania nowych szybów trzeba było wielu rąk do pracy. Ale samo sprowadzenie robotników przecież jeszcze nie rozwiązywało sprawy, bo musieli oni gdzieś mieszkać. W 1908 postanowiono zbudować takie osiedle, które nie tylko pomieści 1200 rodzin, ale będzie tak zaplanowane, by można było pod nim bez przeszkód wydobywać węgiel. Budynki nie mogły być zbyt ciężkie. Powstało więc 10 trójkondygnacyjnych budynków. Zanim wybudowano osiedle, powstała cegielnia. Wyprodukowane w niej cegły posłużyły do budowy nie tylko bloków Nikiszowca, ale i Giszowca (podobnego osiedla robotniczego) oraz kościoła katolickiego. W planie Nikiszowca było stworzenie placów zabaw dla dzieci na każdym podwórku, ale niestety na to nie starczyło już pieniędzy. Osiedle budowano głównie w latach 1908-1912. Powstały dwie szkoły, męska i żeńska, straż pożarna, sklepy, restauracja, łaźnia miejska, poczta, apteka itd., czyli wszystko to, co potrzebne jest do życia przeciętnemu mieszkańcowi. W 1910 roku powstał szpital nieco oddalony od zwartej zabudowy osiedla. Zaś w 1919 roku pan Augustyn Niesporek – mieszkaniec Nikiszowca – otworzył zakład fotograficzny, który działa w tym samym miejscu do dziś! Zakład nazywa się Foto-Niesporek, mieści się przy placu Wyzwolenia 9 i prowadzony jest przez wnuka pana Augustyna, Krzysztofa.

Prace budowlane przerwał wybuch I wojny światowej, ale tuż po jej zakończeniu wznowiono rozbudowę. Powstały kolejne mieszkania i urząd gminy, później ogródki działkowe, hala sportowa… Następne lata (już po II wojnie światowej) to znów przebudowy, rozbudowy, zmiany funkcji niektórych budynków itd. Aż dziś Nikiszowiec stał się cudem Polski, który zachwyca piękną architekturą i dbałością o detale. Kiedyś jego mieszkańców za darmo woziła kolejka „Balkan” o dwunastu wagonach, której zazdrościły wszystkie pozostałe osiedla.  Ostatni kurs kolejki odbył się 31 grudnia 1977 roku. Szkoda, bo teraz byłaby to ogromna atrakcja turystyczna. Dziś można oglądać jej dwa zabytkowe wagony, które postawiono w 2001 roku obok bramy wjazdowej do kopalni “Wieczorek” (nadal działającej).

Jeśli będziecie kiedyś zwiedzać Nikiszowiec, to zwróćcie uwagę na przejścia łączące dwa sąsiednie bloki. Nazywa się je tutaj anifartami. Prawda, że ładnie? Budynki wyróżniają się nie tylko ceglanymi, nietynkowanymi ścianami, ale także czerwonymi parapetami i wnękami okiennymi, wykuszami i detalami. Choć na pierwszy rzut oka osiedle wydaje się jednolite, to szybko zobaczycie, że każdy budynek jest inny. Ulice są brukowane, co dodaje im uroku i charakterystycznego „smaczku”. Ulicą św. Anny co roku w dniu święta górników, czyli w Barbórkę, maszeruje kopalniana orkiestra, budząc mieszkańców ze snu. Jej radosne dźwięki zabrzmią już niedługo, bo 4. grudnia.

Zmarzły mi już troszkę łapki, więc biegnę schować się w jakimś cieplutkim miejscu i pomarzyć o tym, jak to dawniej musiało się żyć na Śląsku… Postanowiłam też obejrzeć kilka filmów, których akcja rozgrywa się na Nikiszowcu. Takie filmy kręcili polscy reżyserzy, m.in. Kazimierz Kutz i Lech Majewski. Bo trzeba przyznać, że jest to bardzo piękna i inspirująca dzielnica.

Pozdrawiam Was ciepło z Katowic,

Wasza Myszka Spadochroniarka